Strona:Wacław Sieroszewski - Beniowski I.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   228   —

żeli nie w takim wypadku! — broniła matka dziewczynę.
— A może i nie przyjdzie ten Beniowski?... wtrąciła setnikowa Czernych, dygając przed naczelnikiem.
— Ho, ho!... Musi!... Z kozakami go tu sprowadzimy!... Niema żartów!... Skoro raz nazwałeś się grzybem, to marsz do kobiałki!...
— Już jest... Widzicie go!... I całą zgraję wygnańców z sobą sprowadził, zuchwalec!... szepnęła skromnie żona protojereja Łożkowa.
— Pozwoliłem mu! — mruknął Niłow i zawrócił na salę.
Przybycie Beniowskiego na chwilę stłumiło wrzawę, ale rychło wybuchnęła ze zdwojoną siłą.
Pchano się ku niemu, zagadywano, witano, a gospodarz ciągnął go do stołu, gdzie stały karafeczki i gąsiorki z wódkami, beczułki z piwem i miodem. Oddzielono go niebawem od towarzyszy, którzy skromnie pozostali w pobliżu wejścia. Jeden Stiepanow pod ścianą przedzierał się zwolna w stronę niewiast; miał na sobie frak zielony, obszyty złotym galonem, pożyczony na ten wieczór u Gurcynina, białe łosiowe spodnie Norina i jegoż białe pończochy i czarne trzewiki z kokardami. Wyglądał wcale dobrze i trzymał się dostojnie tak, że mieszkańcy, nie poznając go, usuwali się mu z drogi pokornie, jak jakiemu dygnitarzowi.
Niebawem zagrała muzyka, gdzie rej wodził