Strona:Wacław Sieroszewski - Beniowski I.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   226   —

Wysłuchali rozkazu bez uwag i bez uwag rozeszli się, poczem Beniowski wezwał Jędrzeja, kazał mu psy założyć, zabrał Panowa z Chruszczowym i ruszył do miasta.
Wielki, czarny, niezgrabny, z ogromnych kłód modrzewiowych zbudowany dom Czułosznikowych gorzał od świateł. Czerwona łuna ognisk rozpalonych na dziedzińcu otaczała go mglistą, krwawą poświatą. Przy ogniskach na zdeptanych śniegach kupili się niewolnicy kamczadalscy, poganiacze psów, słudzy, kozacy, żołnierze, dzieci, kobiety i wyrostki z miejscowego pospólstwa, zwabieni zapachem pieczonego mięsiwa i wódki, ciekawem widowiskiem oczekiwanego hazardu, nadzieją, że i oni w ogólnym tumulcie czemś się pożywią, coś zobaczą, coś usłyszą, co na chwilę rozerwie szarą, nużącą martwotę tutejszego garnizonowego życia.
Szmer burzliwych rozmów, wykrzykników, śmiechy, docinki i uwagi, jakiemi ta zgraja witała przyjezdnych gości, wpadały do pokojów przez roztwierane co chwila drzwi i mieszały się tam z rozmowami zebranych, wnosząc w towarzystwo dziką, hulaszczą, rozkiełznaną nutę.
Bawialnia była już pełna mężczyzn w kolorowych mundurach i ciemnych kupieckich kaftanach, opuszonych drogiemi futrami. W sąsiedniej komnacie widać było przez uchylone drzwi postrojone białogłowy w kuczbajowych kozakinach zimowych, różnobarwnych z atłasowemi wytokami, z sznurami pereł, korali, dro-