niem i tupotem wtoczyło się na przyjaciół coś czarnego, wielkiego.
— Kto-kto-kto!... — krzyknął kogut, podskakując, jak piłka, do góry, a kot przywarował niziuchno przy ziemi, pełen śmiertelnego przerażenia.

— Wrry!... — warknął potwór, zatrzymując się i nawet cofając wtył. — Cóż to za rozboje po drogach?!... Proszę się rozejść, bo będę strzelał! Od niejakiego czasu w całej okolicy straszne nieporządki!... Nikt ani w domu, ani na drodze nie jest pewien swego mienia i życia... A mimo to są głupcy, którzy wyrzucają z mieszkania wiernych, doświadczonych stróżów!...
— Co słyszę: kochany Bryś-Brysiński!... Dobry znajomy z sąsiedniego podwórka! — ucieszył się kogut. — Cóż to się stało? Gdzie to tak pan pędzi po nocy?... Czy może jedzie za panem gospodarz na wozie i zgodzi się nas podwieźć do noclegu?...