Obrażony Bolek ani się ruszył. Olek położył zegarek na blaszance od cukru i, otuliwszy się w płaszcz, zagrzebał się w gałęziach.
Za chwilkę już chrapał.
Bolek dorzucił chrustu na ogień i wytrzeszczył oczy. Było mu jakoś nieswojo. Nasłuchiwał, co się za nim dzieje w wyłomie muru, gdzie dziko wiatr szeleścił zmokłemi liśćmi. Starał się uchwycić i rozpoznać ponure głosy, wygrywane szarugą na zrębach i głazach ruin. To wydawało mu się, że się tam ktoś śmieje, to że idzie wprost ku niemu ciężkiemi krokami... Jęczą, osypują się kamienie, wtym nagle zatrzymuje się wszystko tuż u wejścia, zamiera... Ktoś tam stoi!...
Bolek boi się obejrzeć za siebie, ściska rewolwer, ściska zęby... Czeka. Nagle ktoś sapnął, jak koń, westchnął, jak miech i znowu słychać tylko szelest szarpanych przez wichurę krzewów. Zamarłe na chwilę serce Bolka zabiło spokojniej. Zato do głowy zaczęły mu przychodzić rozmaite głupie myśli. Wspominał wszystkie bajki o strachach i dziwolągach, jakie słyszał w swym życiu.
...Białe mary w całunach, z białemi, jak wapno, twarzami, z czarnemi oczodołami suną ku niemu na blaskach miesiąca... Po czarnym polu toczy się głowa ucięta, wywracając ogromnemi, jak koła młyńskie, oczami... Pełźnie, ziejąc ogniem, obrzydliwe smoczysko... Leci na łopacie czarownica chuda, jak osa, z wężowemi włosami, z krogulczemi szponami, z oczami gorejącemi, jak błędne ogniki... Wielki miedziany olbrzym z głową, ukrytą w chmurach, zbliża się ku niemu... Ziemia ugina się i drży pod nim... Wszystko miażdży on swemi żelaznemi butami... Idzie, jak grzmot, mruczy, jak piorun, stąpa, jak ciężka kamienna statua, wprost ku niemu... A on, Bolek, leży