Zaczęły się śmiechy i piski...
— Cicho, cicho!... Na Boga!... Aby tylko ich nie wystraszyć!... Pamiętajcie, dzieci... — wzdychała Babcia.
Chora Matka nic nie mówiła, tylko żałośnie patrzała na swoje rozigrane myszęta.
— Och, och!... — jęczała. — Nic z tego nie będzie, nic! Nie wierzę, aby mogło być nam lepiej!... Zginiemy marnie!...
— A co oni robią? — spytała Babcia. — Może to nie ludzie!? Chociaż wyglądają zupełnie jak ludzie. Przynieśli słońce na ziemię, ciepło, słodkie potrawy... Wyjrzyjcie, co oni tam robią?...
— Siedzą, Babciu, przed swoim słońcem i mruczą!... Gadają z okrągłym stworzeniem, co wisi nad słońcem i robi taki hałas: bul! bul! bul! przszy... przszszy!... Straszne musi być to zwierzę!...
— Ale oni się jego wcale nie boją!... Zestawili go ze słońca na ziemię i ono zaraz ucichło... Zdjęli z niego czapeczkę, a wtedy taki obłok z niego wyleciał, że wszystko zakrył... A teraz sypią do niego coś... A teraz... Babciu, Babciu!... Co oni robią?... Oni wylewają z niego krew do takich wydrążonych w kamieniach dziur, kładą tam te białe, słodkie kamyki i piją... Kurzy się wszystko, jak chmura!... Jak szeroko otwierają usta!... Ojej!... Całe nasze gniazdo mogliby połknąć... Straszny widok, ale bardzo ciekawy!... — opowiadał poważnie Czerwone Oczko.
Wszystkie myszki znowu skupiły się w otworze norki, tak, że zatkały go zupełnie swemi ryjkami, nastroszonemi uszkami i błyszczącemi, jak paciorki, oczkami.
Olek i Bolek siedzieli na ziemi przed ogniem, pod-