— Ale z jakiej racji on tu siedzi?... Jakie ma prawo?... My tu od dziada pradziada mieszkamy... Jakie on ma prawo?... Trzeba mu powiedzieć, że to niegrzecznie, że to istne grubjaństwo, a nawet Bóg wie co... Że tak nikt porządny nie robi!... Trzeba mu ostro powiedzieć!... Raz na zawsze!... On się zawstydzi... — dowodził Mądrala.
— Nie zawstydzi się on, nie! Jest to zwierz okrutnego serca!... Zresztą on żyje z naszej śmierci!... Ba, on nawet ze szczurami wojuje!... To wcale nie wąż narobił wczoraj takiego hałasu, lecz on pewnie!... A może oba razem przyszli!... Ach, ile to nieszczęść czyha na małe i słabe stworzenia!... — biadała Babka. — Zresztą, któż mu powie?... Kto ośmieli się do niego przystąpić!?...
— Ja!... — bąknął nagle grubym głosem Hajdamajda.
Wszyscy rozśmieli się, chociaż było im bardzo smutno w duszy. Matka wciąż pilnie śledziła kota, siedząc przy otworze.
— Niema nadziei! Położył się na słońcu i śpi!... Kiedyż nazbieram dla was ziarnek i korzonków? Już południe!
— No, nic takiego! Jedliśmy wczoraj, możemy jeden dzień poczekać!... — pocieszała ją Babka.
— Rozumie się, mamuchno, że z chęcią poczekamy! — dodał poważnie Czerwone Oczko.
— Rozumie się, że poczekamy!... — powtórzyły i inne dzieci, chociaż u wszystkich wąsiki opuściły się trochę na dół.
— Z jedzeniem czekać jeszcze pół biedy, ale co będzie z piciem?... — rozważała półgłosem Matka.
Tymczasem słońce wznosiło się coraz wyżej i gorące powietrze wlewało się nawet do wnętrza zacienionej baszty.