już ani pojazdów, ani ludzi, że tylko wdali coś przed nim szybko kotłuje się i ucieka. Znów więc, {{Korekta|podniósszy|podniósłszy|| ogon i wygiąwszy grzbiet, wypadł na środek drogi i popędził za zbiegami. Zadowolony, zwycięski mruk jego przechodził zwolna w głuchy ryk. Bystre jego oczy poznawały wśród uciekających osobniki, podobne do pamiętnego „białego ptaka“. Nozdrza miał pełne ich zapachu i nawet spostrzegł tuż przed sobą porzucony, okrągły „dziób“. Schwycił go w zęby i z pyszną miną, wysoko podnosząc łapy, sadził dalej po szerokiej, ucichłej drodze. Tylko w górze w czworokątnych dziurach migały mu blade twarze. Jakżeby je chętnie schrupał, ale były za wysoko. Wtym na rogu jednej z poprzecznych szczelin, w których ginęły, jak mary, tłumy uciekających, zetknął się oko w oko z tymsamym straszydłem, co przed laty... Napewno z tymsamym, gdyż miało, jak i tamto, białe tygrysie wąsy, białe bokobrody, na głowie okrągły „dziób“, a na długim nosie dwie duże krople wody w świecącej oprawie...
Tygrys drgnął i przysiadł na tylnych łapach.
Czekał struchlały, co będzie dalej; nawet niesionego kapelusza z pyska z przerażenia nie wypuścił, wysunął jeno pazury, gotując się do obrony.
— Kiedy on podniesie swą „trąbę“ i zdejmie „dziób“, aby mię oślepić, wtedy rzucę się z dołu pod trąbę i zaduszę go! — rozważał przebiegle, nie spuszczając oczu z ręki i kapelusza.
Straszydło jednak nie podniosło „trąby“ do góry, lecz dotknęło się nią boku, poczym wyjęło stamtąd rewolwer, który błysnął, jak kawałek słońca. Strasznych, bladych, spokojnych oczu nie spuszczał z osowiałych ślepi tygrysa. Jednocześnie zahuczał strzał i „ognista mucha“ przele-