Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

nie jestem tygrys królewski?!... Pan puszcz!?... Książę ziemi!?... Niechbym go tylko spotkał, niechbym go zdybał... Już mu nie popuszczę, nie daruję!... Będę go śledził, będę go tropił!... Zobaczymy, kto chytrzejszy, kto mocniejszy!?... Ho, ho!...
 Ryczał przeciągle i parskał, a wszystko drżało wokoło, chowało się do gniazd, do nor, uciekało bez pamięci, zamykało w chatach...
 Roztęskniony, rozszalały tygrys krążył po okolicy. Już nie wracał do swojej pieczary, gdzie mógł się wyspać, obsuszyć, oczyścić. Nocował, gdzie się zdarzyło, w bagnach, gęstych zaroślach, zbożach. Zabłocona, potargana szerść poskręcała mu się w brzydkie kudły, ślepia gorzały krwawym blaskiem, nie dbał już o nic i coraz śmielej rzucał się na ludzi. Urządzano nań obławy. Ludzie, uzbrojeni w dzidy, z grzechotkami i blaszanemi bębnami w ręku, próbowali go wystraszyć z ukrycia i napędzić na strzelców, siedzących na drzewach.
 Ale stary zbój zawsze dostrzegał zawczasu zasadzkę i zawracał. Nie lękał się ani wrzawy, ani warkotu blaszanych kotłów; rzucał się na naganiaczy, paru z nich przewracał, ranił i uciekał w przeciwną stronę.
 Zuchwałość jego nie znała granic. Wdzierał się nawet do chat, porywał ludzi z progu domów, dzieci z kołysek, nie bał się krzyków, nie bał się ognia. Gdzie on pojawił się, rozpacz ogarniała mieszkańców. Posyłano przeciw niemu wyprawy myśliwskie, ludzi uzbrojonych w łuki i dzidy, śmiałych „szikari“ — łowców hinduskich, którzy z nożem w ręku ośmielali się rzucać na potwora.

 Ale tygrys-ludojad jakby czuł, co się święci, i nigdzie długo nie popasał. Po paru śmiałych napadach porzucał zwykle okolicę i dążył dalej, zapuszczając się coraz głę-