Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 — Lepiejbyś sam od nas poszedł, toby i nas nieszczęście ominęło!...
 — Wtedy to oni was wszystkich wybiorą jak wróbli!... — odpowiedział spokojnie Tomek.
 — Cóżeś ty za taki nasz obrońca?
 — A obrońca jestem!... — odrzekł dumnie Tomek, ale ugryzł się w język, bo nie mógł przecie wszystkim o swoich „muchach i osach“ opowiedzieć.
 Tymczasem wciąż przemyśliwał, jakby królewnę uwolnić. Bez ludzi tego zrobić nie można było, a ludzie stronili od niego i nie lubili go. Daremnie kazał matce potrzebującym dawać mąki, jagieł, ile chcą; daremnie pieniądze pożyczał. Chętnych do brania było coraz mniej, a ci, co przychodzili, byli ladaco, pijaczyska i próżniaki, lizunie. Z niemi na zbójników Tomek iść przecie nie mógł.
 Schudł, zmizerniał z tej troski; nocami nie sypiał, patrzał na łuny zbójnickich pożarów i rozumiał, że to koniec jakiś okropny się zbliża, że tak dalej trwać nie może.
 Nie wytrzymał i, choć nie miał jeszcze żadnego planu, ani przygotował się należycie, powiedział sobie:
 — Niech co chce będzie!... Zginąć to zginąć! Pójdę sam z mojemi „muchami“!... Ale muszę się przedtym przekonać, czy żyje!...
 Wziął swój worek wędrowny, „puzdro czarowne“ i ruszył o świcie znaną drogą.

 Szedł po dniu, a nocami zaszywał się w gąszcze przed zbójnikami, którzy rozzuchwaleni bobrowali, jak dawniej tatarzy, nieustannie po całej okolicy. W górach zrobiło się niebezpiecznie. Nieraz leżąc w krzach słyszał Tomek, jak zbyrcząc ciupagami po kamieniach przeciągały mimo niego oddziałki drapieżników na rozbój, albo wracały