i buduję!... Tutaj u mnie wszystkiego będzie można dostać, tu będzie prawdziwy zajazd z oberżą!... Trzeba się starać, zabiegać koło swego majątku, bo majątek, to grunt!... Wszyscy się przed bogatym kłaniają, a na biednego, choćby był mędrcem, psy szczują... Ot i teraz wszyscy mi mówią: panie Grzegorzu! Szanowny panie Grzegorzu! A przed miesiącem jeszcze byłem „krzywym Grzelą“! Taki to jest świat, taki!...
— Cóż to? Skąd zmiana? Zbogaciliście się przez ten czas?!... — spytał zniechcenia Tomek.
— Tak, uciułało się tam trochę. Baba moja spadek dostała po stryju z Ameryki... W restauracji jeszcze lepsze będą zarobki!... Jak myślicie, panie Tomaszu? — zapytał przyjaźnie, zerkając ciekawie na lipowe puzdro. — Cóż: zajdziecie na stare legowisko? Późno już. Wypoczniecie z drogi, wywczasujecie się. Pogadamy. Baba nam jajecznicy usmaży z kiełbasą a i tego znajdzie się butelczyna!...
Stuknął się palcem po wystającej grdyce i rzucił spojrzenie z ukosa na lipowe puzdro, w którym zabrzęczało nagle jak w ulu.
— Ta skrzyneczka też od wiatru północnego?
— Od wiatru!... Tam taka lichota! Nie miał nic lepszego! — odpowiedział niechętnie Tomek.
— A tamte rzeczy?... — spytał ostrożnie Grzela.
— Popsuły się.
— To się wie. Oszust stary. Dawał wam gruchoty. Myślał, że się wam chodzić sprzykrzy, ale nie na takiego trafił! A cóż wam tym razem dał? — wywiadywał się ciekawie, gdy siedli za stołem, a szynkarzowa zabrała się do smażenia jajecznicy. Tomek odpowiadał półgębkiem, ni to ni owo. Ale im bardziej się wykręcał, tym za-