Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 — Urwał się z długiej jego szyi!... Ho, ho!... Mocny jestem!... Coby to było, gdybym tak odrazu do góry nie podskoczył?... A może on do jedzenia?... — rozważał, przyglądając się nieprzyjacielowi z oddala. „Nieprzyjaciel“ leżał wciąż na trawie i ani się ruszył.
 — Zdechł pewnie! Trzeba spróbować!
 Stary zbój wyciągnął przed siebie szponiaste łapy i z cichym mruczeniem podpełznął na brzuchu do dziwacznego przedmiotu. Zastanowiło go, że ten się wcale go nie boi. Trącił go końcem pazura. Ale gdy kapelusz potoczył się i przewrócił niespodzianie do góry otworem, srogi zwierz znów odskoczył z przerażeniem.
 — Nie żarty!... Taka duża paszcza!...
 Stał z wyciągniętym ogonem, pilnie bacząc na wszystko, gotowy przy najmniejszym poruszeniu drapnąć, gdzie pieprz rośnie. Ale nieszczęśliwy kapelusz już się nie ruszał. Miał dosyć całej tej wyprawy. Przez cały dzień siedział na spoconym czole profesora, pieczony przez nieznośne słońce, potym skakał po ostrych trawach, goniąc motyle, trafił na jakiś okropny, cuchnący i zaśliniony łeb, strasznym uderzeniem zgnieciono go o pień drzewa, aż nareszcie rzucony w wilgotnej trawie rozmiękł i stracił do reszty ducha...
 — Pozwól mi tu leżeć do końca świata!... — prosił cichym trzaskaniem odwilgłych nitek i słomek.
 Ale tygrys nie rozumiał tej grzecznej mowy, a gdyby nawet zrozumiał, to miał srogiego ducha i nie usłuchałby jej wcale. Przeciwnie — widząc pokorną postawę kapelusza, podskoczył ku niemu i przycisnął go łapą.

 — Ach!... — westchnął przeciągle zraniony. Nim zrozumiał, co się dzieje, już białe kły przebiły mu brzegi, wyrwały środek i poszarpanego na kawałki żuły w cie-