Powtórzył chłopak ostrzej.
Koza nic.
— To od zmęczenia!... Ale nie mogę przecie z taką kozą do domu iść!... Zaraz mię z nią w wiosce zobaczą, zlecą się jak te wrony, zaczną krakać, matulę straszyć!... Lepiej przenocuję gdzie tu w zbożu, a jutro z dukatem przyjdę... Nic im nie powiem! Poco mówić, pieniądze mają najlepszy głos... Zaraz się przekonają, gdy złoto zobaczą!... — rozważał Tomek.
Schował się w zbożu, ciupagę głęboko w ziemię wbił, kozę do ciupagi przywiązał.
Cicho stała koza i jadła chciwie niedojrzałe zboże.
— Zapłacę za szkodę!... — pocieszał się, zasypiając, Tomek.
Gdy nazajutrz obudził się, koza leżała na ziemi rozdęta jak beczka, ledwie zipiąc!
— O rety!... Co za uroki!... — wrzasnął chłopak, chwytając się za głowę. Zaczął kozę ratować, trząsł nią, stawiał na nogi, ale już stygła.
Padł twarzą na ziemię i zapłakał. Ryczał, ryczał jak bóbr do samego południa. Deszczyk go ocucił i z pola spędził. Powlókł się zadworkami ku matczynej chacie, ale wejść nie śmiał. Schował się w kartoflanym dole i stamtąd przyglądał się, jak matka po obejściu się krzątała i jak coraz to, przysłoniwszy oczy dłonią, na drogę poglądała.
— Mnie wypatruje!... — jęknął Tomek i taka go żałość wzięła, że znowu płaczem wybuchnął.
— Co to jest!? co to jest? Co za nieszczęście prześladuje mię? Całą drogę wszystko idzie dobrze, a koło domu nagle się odmienia!... Jaka w tym moja wina, jaki powód?! Pójdę ja do tego północnego wiatru... Nie