bogo... Nie starczyło mi!... Głupi byłem, rozrzutny, ale cóż robić!... Już ja się poprawię, poratuj mię ostatni raz, wysil się!
Kózko, kózko,
Stuknij nóżką!
Kózka uważnie go słuchała, przechyliwszy na bok rogaty łebek. Ale nie zaraz posłuchała. Musiał jej wszystko od początku powtórzyć. Wtedy dopiero beknęła cichuteńko i stuknęła raz, stuknęła drugi, stuknęła i trzeci. Zabrzęczały dukaciki i potoczyły się aż pode drzwi szynkarzowej komory. Rzucił się zbierać je Tomek. Gdyby nie zapamiętał się tak bardzo, toby zobaczył bez trudności w szparze długi nos i krzywe oko Grzeli. Znikły one wszakże natychmiast, skoro Tomek głowę podniósł. Ucieszony Tomek pieniądze do trzosa pod głowę schował i usnął głęboko.
Na świtaniu obudził go karczmarz.
— Hej, chłopcze, chciałeś dziś rano wyjść, żeby na odwieczerz do domu zajść!... Wstawaj, już rozedniało!
Dźwignął się Tomek, gospodarzowi pieniądze na stół położył, o resztę prosi. Grzela trzęsącemi się rękami dukaty przeliczył, dorachował jeszcze do długu za nocleg kozy, za świecy ogarek, za mycie zabłoconej podłogi i, wzdychając, wydał przynależną resztę. Tomek pieniądze do trzosa zgarnął, kupił jeszcze bochenek chleba, kiełbasy, obwarzanków dla matki i ruszył w drogę, pędząc przed sobą kozę.
Zorza dobrze już pozłociła pola, śniade od rosy. Ciepły wietrzyk szeleścił w wysokich zbożach. Blade chmurki płynęły, hen, z za ciemnych borów, od wysokich, błękitnych gór.