Zakiwał wiatr północny głową, aż zadrżały nawisłe na górach lawiny.
— Dobrze. Tylko dużo nie gadaj, bo tego nie lubię! Weź tam z półeczki, gdzie córki mojej zabawki, biały obrusik!... Żebyś nie potrzebował po karczmach się włóczyć!... Wynoś się, bo dłużej już nie mogę wstrzymać oddechu!...
— Obrusik?... A cóż ja z tą szmatą zrobię? — pytał frasobliwie Tomek.
— „Obrus, obrus, ty się rozłóż!...“ powiedz, a zo-baczy-sz-ssz-szsz!... zoo-ba-czczczy-szszsz! — zasyczał wiatr, z trudnością wstrzymując rozdęte policzki.
Tomek widział, że to nie żarty, że wiatr północny istotnie gniewać się zaczyna, schwycił obrusik, wyskoczył z jaskini i popędził na dół, jak sarna, a wiatr go z tyłu jeszcze podbijał.
A takie było wichrzysko złe, zimne, wilgotne, zjadliwe, że Tomek nie oparł się, aż przy zbójnickiej górze. Bał się wyjąć obrusik, żeby mu go wichura nie porwała i tylko od czasu do czasu zaglądał do worka, czy aby on tam leży.
W zacisznej kotlince zrzucił z siebie cuhę, worek, ciupagę umieścił pod ręką i wtedy dopiero, z pewnym strachem, położył obrus na płaskim, wielkim głazie. Wiatr tu nie dochodził, było ciepło, słońce złociło wesoło szare, skalne złomy, obok srebrna rzeka przelewała się z łoskotem po kamieniskach. A niedaleko zieleniały już lasy i wysoko w błękitach mgliły się różowe wieżyce „zbójnickich okien“.
Obrus,
Ty się rozłóż!
zawołał z bijącym sercem Tomek.