Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 Na skalistej dolinie za jaskiniowym wodospadem odnalazł bez trudu swe dawne noclegi i schowane pod kamieniem zapasy. Bardzo się przydały, gdyż chleba i jajek nie na długo starczyło. Dojadał już nawet resztki pozostałych zbójnickich sucharów.
 Znów dręczyły go zimne mgły i przejmująca wichura, znów sypiał w szczelinach skalnych skurczony jak konik polny. Znów z trudnością mógł rozniecić jaki taki ogieniek. Ale wszystko robił prędzej, sprawniej, gdyż wszystko już znał, i otuchy miał więcej, gdyż wiedział, gdzie jest kres jego podróży.
 Nareszcie stanął jak wtedy u gardzieli lodowego wąwozu i według nakazu wiatru północnego gwizdnął przeciągle trzykroć i trzykroć zazbyrczał ciupagą, ile sił starczyło po lodowych zrębach. Zaraz wiatr ustał, mgły opadły i Tomek sunął pośpiesznie na przyczepionych pod podeszwami raczkach w górę po gładkim, ubitym śniegowisku do pieczary.
 Dopiero gdy stanął w bezpiecznym miejscu z boku lodowego tronu, wiatr północny westchnął głęboko i natychmiast w wąwozie zahuczała wichura i zakłębiła się zamieć, niby długa, roztrzęsiona broda śnieżysta.
 — Widziałeś ją? — spytał wiatr północny głosem huczącym jak stłumiony grzmot.
 — A jakże!... I nie wstyd to wam się pytać?... Czy to tak się robi, jak wy ze mną zrobiliście?... Dać byle grat za tyle trudu i pracy?... Za tyli szmat drogi!... Coście mi dali? Co? — powtarzał Tomek nauki szynkarza.
 — Kto cię o trudy prosił? Starałeś się dla siebie!... — zahuczał jeszcze głośniej wiatr.

 — Zapewne!... Ale... ten młyneczek to na nic... On