Na rozedniu, nie budząc śpiących gospodarzy, wymknął się Tomek i podążył znajomą drogą przez bory.
Siwa rosa siedziała jeszcze na liściach, na pniach, na kamieniach przydrożnych. Ptaki ledwie niektóre cicho świergotały. Ciemne drzewa coraz wyraźniej wypływały wśród perłowego świtania. Zagrały wreszcie ich wysokie zaspane czuby w różowej zorzy. Gruchnął chór zbudzonych ptaków.
Raźniej zrobiło się i Tomkowi, gwizdnął przeciągle i, podrzuciwszy ciupagę do góry, krzyknął:
— Hej, hej!
Ale nagle wspomniał sobie wszystko: zbójników, królewnę, matulę, drwiny sąsiadów i posmutniał:
— Nie mam przyjaciela, oprócz Grzeli karczmarza! On jeden nade mną się użalił! Poradził!... — rozmyślał chwilę potym, siedząc na zwalonym pniu i zajadając jajka na twardo z solą oraz chleb z masłem. — Cobym począł, gdyby on mi nie wygodził!? Już jak się zbogacę, to o nim nie zapomnę!... Będzie nagrodzon!
Znajoma droga o wiele sporzej poszła chłopcu. Co przedtym szedł tydzień, w trzy dni teraz zrobił. Niedługo znalazł się w wąwozie pod zbójeckiemi oknami. Schował się w krzaki, wypatrzył, czy gdzie w pobliżu niema zbójników, i zagwizdał. Z początku nic: cicho. Jedynie gdzieś na skale sokół kwilił przenikliwie, a drugi polatał nad nim wysoko w błękitach. Brzozy zwieszone z urwiska rzucały w dół pożółkłe przed czasem listeczki, które lecąc błyskały w słońcu jak złote.
Tomek poczekał i gwizdnął raz drugi. Wtedy w okienku mignęła biała plamka, a niedługo potym wysunęła się biała rączka i wyrzuciła białą szmatkę. Leciała szmatka na bory, na wody, na kamieniska, trzepocząc się i ważąc