Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

traczka nie oddawaj!... Nie daj się skusić niczym!... Pamiętaj!... A teraz uchodź, gdyż oddechu długo wstrzymywać nie mogę... Chciałbym zaś, żebyś wyszedł cało z wąwozu!...
 — Dziękuję ci, wietrze północny, dziękuję... Królewnę zbawię i dotrzymam, co kazałeś!... — krzyknął radośnie Tomek.
 Młyneczek do worka ostrożnie włożył, skłonił się ładnie i szybko pomknął na dół po oczyszczonym od chmur wąwozie, wyzłoconym słońcem. Okrutne lawiny drapieżnie patrzyły nań z góry, zaspy śnieżne szemrały mu pod nogami, przyczajony w zacieniach mróz śledził go wyiskrzonemi oczyma, ale nie śmieli go zaczepić, gdyż władca ich był łaskaw na niego.
 — Gdy będę ci potrzebny, gdy będę ci potrzebny.... Przyjdź do tego wąwozu, uderz trzykroć ciupagą w krawędź lodową i gwizdnij trzykroć przeciągle... — szeptał z tyłu za nim łagodnie wiatr północny. Szept ten popychał go zlekka, przyjaźnie i pomagał mu biec po równej, ubitej pochyłości śniegów.
 Przed zachodem słońca Tomek już był na dolinie u swego ostatniego noclegu. Rozpalił mały ogieniek, wyjął wiatraczek i zaraz spróbował jego sprawności.

Miel, wiatraczku, miel!
Jak namielesz mąki, kaszy,
Między ludzi dziel!...

 Zaruszały się śmigi, zawarczały maluchne żarna, zatrajkotały pytle, bieluchna mąka posypała się z otworów... Ale wiatraczek namełł tylko tyle, ile było potrzeba Tomkowi na placek.

 Nazajutrz o świcie Tomek ruszył dalej.