Tomek wprost głowę stracił od tej obfitości. Ale szept królewny „uciekaj!... śpiesz się!...“ poganiał go. Schwycił kierpce, ciepłą cuhę na ramiona zarzucił, kapelusz z piórkiem, zamiast podartej czapki, na głowę wsadził, ciupagę stalową, co lepsza, wybrał, raczki[1] lekkie w samą miarę dla siebie. Potym wór naładował do wierzchu sucharami, mięsem suszonym, szybko zapalił smolniak, jakich było tu dużo przygotowanych z wosku z żywicą, parę ich jeszcze za pas zatknął, jeszcze coś nie coś z rzeczy potrzebnych przy worze utroczył, skoczył do królewny, która wciąż stała, nasłuchując u zewnętrznego okna, spojrzał do jej więzienia, na jej miłą postać, krzyknął:
— Bywaj zdrowa!... Czekaj!... Powrócę!... Chyba, że zginę!...
Poczym szybkim krokiem pobiegł wzdłuż bladych ścian, na których krwawiły się czerwone krzyże, i zginął w lesie białych skamielin.
Szedł szybko, jakby mu u nóg wyrosły skrzydła, nie czuł ciężaru na plecach. W uszach dźwięczała mu drżąca prośba królewny, a w sercu miał słodki żal.
— Już teraz to pójdę do wiatru północnego czy przez ogień, czy wodę, czy przez skały lodowe! Musi mi przecie dopomóc!... — myślał, śmigając zakrętami pieczary, sam do wiatru podobny.
Rychło jednak skończyły się strzeliste, białe kolumnady. Opadła na dół ponownie chmurna powała brudnych skał. Groty stawały się coraz niższe i coraz ciem-
- ↑ Raczki, krzywe żelazka, podobne do haczyków, które górale podwiązują pod obuwiem, aby ułatwić sobie chodzenie po twardym, ślizkim śniegu.