Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 — Chłopiec, a prędko obiad dasz?!
 — Chłopiec, ognia!
 — A podaj mi gęśliki, co tam leżą!...
 — A podaj nam karty!...
 — A podaj kości!
 — Dorzuć drew na watrę!... Co się ciemno pali!?...
 — A skocz, popraw, bo dymi...
 — A nie przydym jedzenia, uważaj, bo baty!
 Chodzi, biega Tomek, niby ten motyl, usługuje, a zbójniki wylegują się na swoich skórzyskach niedźwiedzich, grają w karty, grają w kości, na gęślikach brzęczą, wino ciągną, a i jeszcze się z niego nieboraka prześmiewają:
 — Hej, ceper, grubo-nogi!... Buciskami stukasz, niby podkuta koza!...
 — Chybaj, chłopcze, chybaj, po powietrzu fruwaj!... Nie po dolinach chodzisz, a w skałach!...
 — Ha, ha, ha!... Niech cię wiatr północny nosi!
 Milczy Tomek, milczy, a serce w nim drży.
 Kiedy wreszcie wieczorem padł znużony na swoje posłanie, usnął odrazu, zatracił się w niepamięci, niby kamień, rzucony do głębokiej wody.
 Śni mu się, że jest w swej chałupie u matuli, że głodna matula chudą ręką po głowie go pieści i mówi:
 — Byle, synku, do roboty w polu przetrwać, do wiosny!...
 A robota wesoła na otwartych polach, z ludźmi, z przyśpiewkami i gadkami! Oj! oj! Nawet źli sąsiedzi, co mu nieraz ubóstwo wymawiali, wydali mu się w tym śnie-niewoli teraz dobrzy i mili!...
 Westchnął przez sen.
 Kiedy to ich zobaczy? Pewnie nigdy!

 Obudził się. Ciemno, ogień zgasł, zbóje chrapią,