tylko szczerba powietrzna, bezdenna, sina jak lód. Wieszali się na skałach jak pająki. Czuł Tomek, że śmierć ciągle czyha pod nim, że dość niezręcznego ruchu, pośliźnięcia się nogi, niedobrego chwytu ręką, a runie z wiszaru i zostanie po nim na dnie tylko krwawa plama. Dodawało mu odwagi, że góral szedł za nim spokojnie, niby nic.
Nareszcie dostali się na szerszy przyczółek skalny, który wisiał nad przepaścią jak ganek. Kilka limb rosło pośrodku, czepiając się głazów krętemi korzeniami; pochylona nad krawędzią brzoza zwieszała w przepaść swoje lśniące warkocze. Dalej drogi nie było. Nieznajomy gwizdnął zcicha i z za wielkiego głazu, ze szpary wysunęła się kudłata, ciemna głowa.
— Hej! To ty, Wojtek?... Bywaj, bywaj!
— Właź!... Czego stoisz!? — trącił nieznajomy w ramię Tomka.
— Gdzie mam włazić?
— Kładź się na czworaki, obaczysz!...
Usłuchał Tomek i dostrzegł pod głazem głęboką pieczarę, w której krwawo błyskało światełko.
Wpełzł na kolanach, a za nim góral, który go prowadził. Niewiele dalej przejście rozszerzyło się na tyle, że mogli wstać i weszli do obszernej jaskini, czerwonej od blasku płonącego pośrodku ogniska. Nad ogniem wielki kocioł wisiał na łańcuchu i dymił się smakowicie. Dokoła na skórach końskich i bydlęcych, na gałązkach kosodrzewiny leżało dwunastu chłopów. Wszyscy kudłaci jak ten, co Tomka przywiódł, wszyscy ciemni z oblicza z krętemi wąsiskami, w czarnych, wysmolonych koszulach, w portkach czerwonych albo białych pięknie modro i kraśno wyszytych, w ciżmach rzemiennych. Wszyscy