— Krzyczy, gwizda, gorzej niż ten wiatr...
— Wilki ogony pod siebie...
— Uciekają... Aj-waj!...
— Moiściewy!... Moiściewy!... Rety!...
— Za to my tego pana chłopca tu przyprowadziły... żebyście wy, Grzelo, dali mu dobry nocleg i dobrze jeść i pić... A my za wszystko zapłacimy... Niech mu Bóg da zdrowie!
— Niech mu się wszystko wiedzie! — gadał basetlista.
— Bo widzicie, Grzelo, ten pan chłopiec, to on idzie do północnego wiatru — objaśniał cicho skrzypek.
— To wy mu jutro drogę pokażcie, najlepszą, najkrótszą drogę!... — huczał basetlista.
Grzela zerkał z pod oka na Tomka, który siadł sobie koło drzwi na rogu ławy, wyjął kozik i zaczął obstrugiwać na laskę młody dębczak, jaki z lasu przyniósł. Główkę laski wygładził, sęczki poobrzynał, porobił z nich dobre guzy, że kij wyglądał, jak mała, tęga maczuga. Machnął nią i pomyślał, że teraz to i bez ognia mógłby się niezgorzej od wilków opędzać.
— A skądżeście to, panie podróżny?... — spytał szynkarz.
— A ze świata! — odpowiedział niechętnie Tomek, któremu Grzela wcale się nie spodobał.
— A czegóż wam, panie podróżny, dać? — pytał dalej z uśmiechem Grzela.
Tomek zmieszał się, gdyż pieniędzy nie miał; poprosił więc o kawałek suchego chleba z solą. Ale żydzi zaczęli krzyczeć, że tak się nie godzi, i nalegali, aby sobie nie żałował, więc rzekł nieśmiało:
— Kiedy tak, to dajcie jajecznicy z kiełbasą i szklankę herbaty!...