Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 Tomek poglądał na huczący od wichru las, na ciemne niebo, z którego zaczął deszcz kropić, i dał się namówić. Zrobił parę pochodni, zapalił jedną i poszli powoli błotnistą drogą. Żydzi wciąż wypytywali się go o wiatr północny i jaki on ma do niego interes.
 Tomek bąkał ni to, ni owo, bo sam dobrze nie wiedział.
 — Nie mam interesu, ino krzywdę moją dochodzę!... — bronił się.
 — Ny, a co pan zrobi, panie chłopiec, jeżeli tam w końcu tego wiatru nie będzie nic... tylko taka sobie wielka, pusta dziura, z której dmucha i dmucha?? — spytał ciekawie basetlista.
 — A to ją zatkam!... — mruknął gniewnie Tomek.
 Żydki znowu między sobą poszwargotały po żydowsku.
 — To już ja pana poproszę, panie chłopiec... — zaczął po chwili skrzypek — żeby pan całkiem tej dziury nie zatykał... Niech pan z łaski swojej małą dziurkę zostawi.. Ja mam konia i czasem sobie jeżdżę, szmaty kupuję, to mu dobrze jest, jak trochę dmucha, muchy i komary ogania!
 — Niech pan uważa, panie chłopiec, że jak zupełnie nie będzie żaden przewiew na świecie, to zrobi się wielki zaduch!... — wtrącił basetlista — a od tego może być jaka choroba!
 — No i wiatraki przestaną mleć!... — dodał skrzypek.
 Nie wiedział Tomek, co im odpowiedzieć, ale ustąpić nie chciał, więc milczał. Było mu jednak z niemi coraz gorzej, słabło w nim postanowienie. Na szczęście już widać było karczmę, w której miał się zostać.

 Karczma była mała, brudna, odrapana. Stały w niej