— Jak to z pola przyjdzie, to wilki nań się rzucą, a wtedy szusnę na dół!... Może to krowa albo koń, to go będą żreć, o mnie zapomną!...
Ale to nie była ani krowa, ani koń, tylko dwuch żydków. Już ich Tomek dobrze widział, jak szli, zgiąwszy się pod wiatr, a cug im długie chałaty rozwiewał. Jeden dźwigał wielką basetlę, a drugi skrzypce pod pachą chował.
Wilczyska przyczaiły się wród traw zeschłych i krzów, przywarowały przy samej ziemi. Czekają.
Żal się zrobiło Tomkowi żydków. Krzyczy, woła z całych sił:
— Wilki! Ho, ho, ho! Wilkiii!... Pilnuj!...
Gdzie tam: wiatr głos jego precz w las odrzuca, w szumie i łomotaniu gubi. Widać jednak, że coś tam do żydków doszło, bo się zatrzymali i rozglądają. A wilczyska do nich.
Skamieniały żydki. Nawet głosu nie wydały. Widzi Tomek tylko, że skrzypek smyk z chusty wyciągnął i na wilków go wystawia, a basetlista za basetlę się schował.
— Źle! Zjedzą ich!... — pomyślał Tomek, zsunął się na dół i zaczął swoje pochodnie zapalać. W przeloty między krzakami wciąż spogląda, co wilki robią. Te z początku powoli, a potym coraz prędzej i prędzej pomykały do żydków.
Wtym zahuczała basetla, zaświegotały skrzypce, urżnęła muzyka siarczysta, jak na najbogatszym weselu. Żachnęły się wtył wilki na ten głos, aż łapami zaorały grudę. Wstrzymały się, mordy wytknęły, patrzą, węszą... Nic podobnego nie widziały i nie słyszały w swym wolnym życiu. Ostrożnie otoczyły kołem grających żydków, przysiadły na ogonach, zbliżyć się nie śmią, słuchają. A ży-