ledwo żyję... Okulawiła mię ona, nie uciekłbym i stu kroków dalej!... O ja nieszczęśliwy... Róbcie ze mną, co chcecie, choć zabijcie... Tylko do waszego domu nie prowadźcie... Tam okropna potwora... Ludzkie oko nie zniesie jej widoku...
— Tfu!... Wio!... Ho! — sapał leśnik, popędzając konia.
— Zastanów się, co ty gadasz, człowieku!... Skądby się tam potwór wziąć miał!... — miarkowała parobczaka leśniczowa.
— Abo ja wiem!... Może, smok wawelski! — jęczał Wojtek.
Niezadługo wjechali na podwórze, leśnik konie pod szopę nawrócił, a sam, niosąc w jednym ręku strzelbę, a drugą prowadząc za kark Wojtka, skierował się do domu.
— Chodź, chodź! — wołał na opierającego się parobczaka. — Sprawa nieczysta!... Musisz mi to wszystko przy świetle powtórzyć i wyjaśnić!
Za niemi odważnie szła leśniczowa z wielką warząchwią, kupioną tylko co na jarmarku.
Bryś zwęszył leśnika i, pamiętny jego nahajki, usunął mu się pośpiesznie z drogi, kot przycupnął pod ławką pod Jaśkiem, który, rozbudzony wejściem ludzi i zapalaniem światła, usiadł i poprawiał lękliwie łachmany. Jeden kogut spał sobie spokojnie na rogu kredensu.
Nareszcie świeca rozgorzała i zdziwionym oczom gospodarzy przedstawiły się kupy porozrzucanych, powiązanych w węzły rzeczy, pootwierane szafy, komody i skrzynie, wreszcie dziwaczni, nieproszeni goście. Ale najwięcej zdumiony był Wojtek: