— Jeżeli zaś sam nie masz zajęcia i przytułku, to możesz się do nas przyłączyć... — zakończył poważnie osieł.
— Ach, panowie, w samą porę przychodzicie!... Do grobu będę wam wdzięczny, gdyż właśnie kowal, u którego byłem w terminie, wypędził mię!... — szepnął Jaś.
— Zacóż to? — zapytał ze współczuciem kot.
— Za to, że za mało pracuję... A ja nie mogę więcej... Mówi, że dużo jem, a ja zawsze głodny jestem...
— Dobrze. Jesteś przyjęty, mianuję cię swoim sekretarzem!... — ryknął osieł. — A teraz, sekretarzu, obmyślij, jak tu dostać ciepły nocleg i pożywną strawę?!...
Jasiek podrapał się w głowę.
— Myślę, że najlepiej iść... do leśniczówki... Leśniczowa gruba i dobra, może się da ubłagać!...
— O tak!... Ale leśniczy prędki i nosi nahajkę! Wiem ja coś o tym!... — zaskomlał Bryś-Brysiński...
— Niema wyboru!... — orzekł osieł. — A daleko to stąd?...
— Nie, niedaleko!... Trzeba podsadzić kota na drzewo, niech wypatrzy, w której stronie światełko...
— A może lepiej ja frunę!? — ofiarował się Koguciński.
— Machaj!... — krzyknął nowy sekretarz, podnosząc do góry koguta.
Na ten głos raźny we wszystkich wstąpiła otucha, a gdy z wierzchołka sosny kogut obwieścił, że widzi mocne światło i wcale niedaleko, ruszyli wesoło we wskazanym kierunku.
I zaraz pogoda odmieniła się, deszcz ustał, wiatr ucichł i na niebie zabłysły gwiazdy.
Wkrótce znaleźli się przed dużym, ciemnym budynkiem, w którego oknach gorzało rzęsiste światło. Zasta-