Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Bajki.pdf/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

padek nietrudno. W górze nad niemi szumiały konary wyniosłych sosen, zrobiło się cieplej, ale zato ciemniej. Nawet kot widział już bardzo mało. Była to bardzo niemiła okoliczność. To też kiedy idący przodem kogut wrzasnął niespodzianie:
 — Kto-tu!... kto-tu!... kto-tu!...
 Bryś, niewiele myśląc, rzucił się wtył na drogę ze skowytem.
 — Wilki!...

 Za nim pomknął z kopyta pan prezes, nad niemi leciał z rozpiętemi skrzydłami i roztwartym dziobem kogut. Kot nie zdążył za niemi, więc wskoczył na drzewo i uchwycił się pazurami sęczka. Wilczysko było tuż pod nim, słyszał wyraźnie jego groźne sapanie. Tymczasem zdarte na długoletniej służbie szpony kota ześlizgiwały się z twardego drzewa, stężałe od starości członki mdlały i odmawiały posłuszeństwa. Nieszczęśliwy podróżnik nietylko nie mógł wyżej się wdrapać, ale przeciwnie obsuwał się zwolna coraz niżej ku wilczej rozsapanej paszczy. Już tykał ogonem ziemi i czekał, zmrużywszy z przerażenia oczy, że lada chwila wpiją mu się w grzbiet okrutne kły drapieżnika. Wilk się jednak nie śpieszył. Wtedy kot skoczył ostrożnie w bok i, trafiwszy między korzenie, przywarował w małym dołeczku. Dołeczek okazał się suchym, miłym i gościnnym. Kot nabrał otuchy, roztworzył jak mógł najszerzej swe samo-świecące oczyska i rozejrzał się. Wilka nigdzie nie było, natomiast pod drzewem, wtulony w niewielkiej, wypróchniałej w pniu dziupli, spał mały, biednie ubrany chłopaczek. On to tak sapał, pojękiwał i popłakiwał przez sen, że można go było w ciemnościach wziąć nawet za coś gorszego od wilka. Kot zbliżył się, powąchał nieznajomego, wsłu-