— W tym wypadku chodzi nam nie o to!... — łagodnie wtrącił kot. — Szanowny pan ma o wiele większe, a bardzo pożądane dla naszego towarzystwa zalety!... Potężny głos, okazałą figurę, pełne godności i powagi zachowanie się... Właściwie nie mieliśmy do tej pory prezesa... Proponuję szanownym członkom pana Kłapoucha na naszego przedstawiciela...
— Bardzo mi to pochlebia, ale...
— Żadnych ale!... Wybrany jednogłośnie! — zaczęli wołać wszyscy.
Jeszcze się osieł namyślał, jeszcze rozważał, strzygąc w ciemnościach ogromnemi uszami, kiedy Bryś już zaszczekał zajadle...
— Przedewszystkim będziesz pan obowiązany czuwać nad naszym bezpieczeństwem i załatwiać wszystkie sprawy z ludźmi i policją...
— A co najważniejsza, musi pan zaraz obmyśleć, jak dostarczyć nam pokarmu i schronienia!... To-to!... — gdaknął kogut.
— Hm!... — mruknął prezes. — Wątpię, aby nam się to udało bez pomocy człowieka! Z czasem może, kiedy przyzwyczaimy się do wolnego życia... ale teraz radzę poszukać człowieka!...
— Dawno to mówiłem!... ko-ko! — krzyknął kogut.
— A ponieważ jesteśmy właśnie na krawędzi lasu, więc może poślemy kogo na drzewo, aby rozejrzał się po okolicy!... — radził kot.
— Racja!... — zgodzili się wszyscy i skierowali ku pierwszemu z brzegu drzewu, czerniejącemu w ciemnościach.
Ostrożnie przedzierali się przez ciernie, głogi i leszczynowe krzewy leśnego podszycia, gdyż w nocy o wy-