Strona:Wacław Sieroszewski - Bajka o Żelaznym Wilku.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Co nam los przeznaczył,
To nas nie ominie!

Płynie rybka, płynie,
Myśli, że nie zginie,
Wprost w zielone trawy,
Gdzie skryte zastawy!...

Uwięzła rybeńka, darmo się trzepocze,
Chwyciły ją sieci za serce ochocze...

Pochyliła Hanka jasną głowę na mocne ręce, oczy chabrowe w morską posłała dal i słucha królewskich pieśni, nie tchnie, nie ruszy się.
— Jakież to śliczności! Niby krew z serca uchodzi! Słuchałabym was, słuchała dzień i noc... Śpiewajcie jeszcze, śpiewajcie! — prosiła, gdy królewicz przestał.
Królewicz pomyślał i zaśpiewał jedną z pieśni, wyuczonych na dworze. Już jej z mniejszą uwagą słuchali rybacy, gdyż wielu rzeczy nie rozumieli i musiała im królewna tłumaczyć.
— Dziękujemy wam! A widzicie, że i wy na coś się przydać możecie! — dziękowali gościom starzy po skończonej muzyce.
Nie mógł się jednak ani królewicz, ani królewna pogodzić z losem śpiewaków, ciężyła im bezczynność, męczył widok staruszków, zziajanych, strudzonych codzień po powrocie z lasu. Ponieważ ci nie chcieli ich brać ze sobą, pod pozorem, że tam bagna, młaki i ostre kolce, że nie mają odpowiedniego ubrania i obuwia — postanowili sami wymknąć się pewnego ranka wcześniej od staruszków, przynieść drzewa i przekonać wszystkich, że nie są już takiemi niedołęgami, za jakich ich uważają.
Tak też zrobili.
Wymknęli się z chatki o samym świcie, gdy ziemia cała była jeszcze perłowa od rosy, gdy wokoło jeszcze było zupełnie cicho i jedynie blade morze szumiało pod muślinem mgieł. Poszli wesoło w stronę lasu, ale