Strona:W XX wieku.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ści jego słów. Wiatr płomienny, który od niego szedł, powiał po słuchających go kobietach. Wszystkie trzy zadrżały pod wrażeniem tego, co powiedział.
— Dolores, moje dziecko, podaj panu herbaty — rzekła gospodyni, spostrzegłszy wzruszenie swej prawnuczki. — Skądże pan przybywa? — dorzuciła, aby coś powiedzieć.
— Z Warszawy.
— Z Warszawy? — powtórzyła zdziwiona, wpatrując się w niego szeroko rozwartemi oczyma.
Słowa jego przypomniały jej teraz dopiero legendę, którą opowiadał marszałek.
— Tak jest, z Warszawy — odparł nasz bohater. — Przyjechałem tu dzisiejszym Occident-Express-balonem... Dowiedziawszy się, że panie pragną mnie widzieć, wsiadłem do balonu, i oto jestem!
— Kiedyż się pan o tem dowiedział, że radebyśmy cię zabaczyć?
— Wczoraj, o tej porze.
— Wczo...raj? o tej po...rze?... I któż panu powiedział?
Młodzieniec uśmiechnął się, widząc zdziwienie swych słuchaczek.
— Byłem tu wczoraj duchem — odrzekł, rozglądając się po salonie, — ale nie w tym