Strona:W XX wieku.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie. Byli to ci sami, którzy w dniu pamiętnej przygody z elektrowozem towarzyszyli margrabiance i jej prababce w przejażdżce po bulwarze. Spostrzegłszy naszego bohatera, padli obydwaj na kolana, szepcząc głosem drżącym od wzruszenia: „M'buana Kuba! M'buana Kuba!“ — Widocznie poznali byli w przybywającym gościu młodzieńca z bulwaru, który im ocalił życie.
Czarny Tulipan powitał ich łaskawem skinieniem głowy i uśmiechem, poczem, przeszedłszy kilka salonów, umeblowanych z wielkim przepychem, znalazł się w przybytku, gdzie się odbywało five o’clock gospodyni domu.
Sa Grace Monsieur Charny Toulipane de Varsovie! — oznajmił portugalskim obyczajem marszałek, otwierając podwoje szeroko.
— Ach! — zawołały jednocześnie pani Maryna i jej prawnuczka, spostrzegłszy wchodzącego.
I one także poznały w nim zaraz z pierwszego wejrzenia swego zbawcę. Stał przed niemi rzeczywisty, autentyczny, uśmiechający się z wdziękiem blondyn w granatowym smokingu i białej kamizelce. Legenda o fantastycznej naturze jego osobistości, która przed chwilą stanowiła przedmiot ich rozmowy, rozwiała się na widok ten w ich umyśle.