Strona:W XX wieku.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dumą i błogością. Myśli jej leciały ku niemu, tak, jak stado śnieżnych gołębi, gdy, kąpiąc się w słońcu, całe złote, lecą w dal do leśnej krynicy, by tam ukoić swoje pragnienie. Kiedyż go, kiedy zobaczę? — szeptały jej usta.
— Jutro! jutro, mój biały aniele! — zawołał nasz bohater, ocuciwszy się z magnetycznego uśpienia. — Jutro już będę przy tobie, aby przy twoim boku rozpocząć nowe życie, i nic nas już odtąd nie rozdzieli, nic nie rozerwie naszych dusz zamęźcia!
I pożegnawszy D-ra Ochorowicza, zdumionego tym pożarem uczuć, gorejących w stupięćdziesięcioletniem sercu, powrócił śpiesznie do swego mieszkania, poczem, zabrawszy z sobą spakowaną już podróżną walizkę, udał się, pełen snów błogich, do przystani napowietrznych okrętów. W pół godziny potem unosił go olbrzymi balon, poruszający się za pomocą śmig, które w ruch wprawiała maszyna o sile pięciu tysięcy elektrycznych koni, ku celowi jego podróży.
Ranek był, gdy balon, wiozący naszego bohatera, zarzucił kotwicę w paryskiej przystani napowietrznych latawców. Wylądowawszy, wskoczył Czarny Tulipan do elektrycznego omnibusu, który go wysadził w „Hotelu Continental,“ nieco zmęczonego całonocną