Strona:W XX wieku.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mładza. Krótko mówiąc, wdzięk jej byłby mógł umarłego w grobie poruszyć — cóż dopiero człowieka, którego krew wrzała wulkanicznym ogniem młodości, rozżarzonym poczwórną dawką skoncentrowanej Vitaliny!
Za dawnych, dobrych czasów, gdy jeszcze wymagano od pisarzów, by tworzyli jeno takie obrazy, któreby czytelnik mógł snadnie odtworzyć w swojej wyobrażni, — za czasów, gdy do malowania uczuć prostych dobierano jak najprostszych wyrazów, byłoby wystarczyło najzupełniej, gdybym tu powiedział. „Na widok jej rozradowała się jego dusza!“
Ale dziś, w tej dobie symbolizmu, i gdy już w literaturze mamy „wlokące się zapachy,“ ślizgające się blaski,“ ba nawet i „ciszę, od której aż w uchu dzwoni,“ nie uchodzi już tak naiwny sposób malowania. Duch czasu bowiem domaga się od powieściopisarzy z jednej strony „subtylizacyi wrażeń,“ z drugiej zaś, by czytelnikom pokazywali nie tylko wierzch, ale i spód każdego uczucia, czyniąc tak, jak czynią owe dzieci, które brzuch rozcinają „lalusi,“ by zobaczyć, co się tam mieści.
Nawiasem mówiąc, jest to sposób najwłaściwszy i najskuteczniejszy, gdy chodzi o zepsucie „lalusi.“ Ponieważ jednak moda tak chce, przeto starajmy się drogą „subtelnej