Strona:Władysław Stanisław Reymont - Za frontem.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

i ostatnie wozy ładowano, gdy na dróżce, biegnącej miedzą po wzgórzu, zaturkotała jakaś bryka.
— Wójt jedzie — szepnęła Frankowa, prostując utrudzony grzbiet.
— A niechta jedzie — odparł, nie podnosząc oczu od kosy.
Przycichnął naraz turkot i wójt zawołał:
— Kulesza, chodźcie-no, pilna sprawa.
Wziął kosę na ramię i podszedł nieco zaniepokojony.
— Ino świt, musicie stawić się do powiatu. Sołtys wa .powiezie.
— Na manewra wołają, czy co?
— Wojna! Zapasowych z czterech lat biorą. Co tylko papier dostałem.
— Jezus, Marya, Józefie święty! — jęknęła kobieta, chwytając się za głowę.
— Wojna — powtórzył głucho — wojna! — Serce mu znagła przestało bić.
— Z Niemcem. A nie spóźnij się, bo sztraf — upominał, podcinając konie. Pojechał dalej, przystając co kilkanaście zagonów, i nadbiegającym ludziom rzucał tę wieść straszliwą. Jakoby gromem roznosiła się po polach. Ludzie kamienieli w zgrozie, stawali bezradni, niemi, bez tchu. Musiał powtarzać, nim zrozumieli nowinę. Płacze wybuchały. Omroczyły się nagle serca i trwoga chwyciła za gardła. Zgniłe tchnienie nieszczęścia zwarzyło bujne, radosne przed chwilą życie. Przed wy-