Strona:Władysław Stanisław Reymont - Za frontem.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


to piją, jak jedzą, jak śpiewają. i o czem to się uredzają.
Chłopak chmurniał, zacinając się w coraz większej obrazie.
Pod wieczór, właśnie kiedy były ścichły piekielne kanonady, a słońce czerwone i ogromne zawisło już nad borami, Tereska przyniosła mu kapusty z kiełbasą.
Ani chciał tknąć łyżką, lecz tak prosiła, tak mu podtykała, że wziął się do jedzenia. Ona zaś, cisnąc mu się do boku, molestowała żarliwie, by przyszedł do chałupy.
Nie pomogły prośby, ni jej zaglądania w oczy, bo rzekł nawpół z płaczem:
— Nie pójdę! Ojcowy pogrzeb, to kiedy mnie za stołem nie usadzili, to niech sobie sami żrą i piją. Kogo nie proszą, tego kijem wynoszą. Nie pójdę!
— Juści, że tobie, Jasiu, należy się pierwsze miejsce. Prawda, przecież twoja gospodarka po ojcu a nie matczyna — przywarła do niego piersiami. — Twoja, Jasiu!
— Taki gorąc od ciebie idzie, aże poty na mnie biją — mruknął, odsuwając się nieco.
Oblizała czerwone wargi, a wpierając w niego zblizka jarzące ślepie, zaszeptała:
— Żebyś posłuchał a przed matką nie wydał, tobym ci cosik rzekła.
— Powiadaj. Z ozorem nie latałem, to i teraz