Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z ziemi chełmskiej.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kapelan i zaczął mnie zwolna, ostrożnie namawiać do spowiedzi...
— Nie umieram jeszcze, nie chcę! — powiedziałem mu twardo.
Tłumaczył, że właśnie dla prędszego wyzdrowienia powinienem pojednać się z Bogiem.
Nie dałem się, ale zatrwożyła mnie jego wizyta i zdenerwowała. Już cały ten dzień czułem się bardzo źle, byłem strasznie rozdrażniony, wszystko mnie denerwowało, płakałem bez przyczyny, kłóciłem się z doktorami, wybuchałem z lada powodu, a zakonnica doprowadziła mnie do wściekłości, bo mi powiedziała z przekąsem:
— Gorzej się pan czuje, ale kto nie wierzy w Boga, nie może już liczyć na Jego miłosierdzie...
— Wyzdrowieję i bez spowiedzi, zobaczy siostra!
Spojrzała na mnie z politowaniem.
— Czuję się tak świetnie, że już dzisiaj nie będę miał tych snów...
— Tak... zły panu obiecał — potakiwała smutnie głową...
— Wierzę mu, gdyż on jeden nie opuszcza nieszczęśliwych.
Długo, na złość jej wysławiałem szatana i jego dobroć, aż wzburzona uciekła i powróciła z porcją bromu. Wyrzuciłem za łóżko, a kiedy noc nadeszła, zacząłem udawać sennego, aby się prędzej pozbyć ludzi; chciałem pozostać sam i w ciszy