Przejdź do zawartości

Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z pamiętnika.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
— 232 —

do pierwszej rotundy, skąd pełzły we wszystkie strony szyje kurytarzów, wzdrygnął się i rzucił w tył.
Chrystus stał z wyciągniętemi rękami i patrzył na niego.
Syryjczyk rzucił się w drugi kurytarz, bo znał wszystkie wyjścia i zaczął przecierać sobie oczy.
Chrystus stał z wyciągniętemi rękami i patrzył na niego słodkim, jasnym wzrokiem.
Syryjczyk stanął, fala strachu zalała mu serce i zatrzęsła nim tak mocno, że przyparł się do ściany i stał długo z zamkniętemi oczami, nie śmiejąc się poruszyć, nie śmiejąc odetchnąć... aż ochłonąwszy, obejrzał się trwożnie i, jakby gnany przez furye, rzucił się w pierwszy lepszy korytarz, ale i tam —
Chrystus stał z wyciągniętemi rękami, jaśniejący, olbrzymi i patrzył na niego...
Theodatos zawył rykiem szaleństwa, rzucił pochodnię, zwinął się w kłębek ze strachu i oślepły, nieprzytomny powrócił do rotundy, rzucał się w przejścia, cofał, pełzał, padał na ziemię, ranił o ściany, wył z bezsilności i strachu, bo wszędzie Chrystus zagradzał mu drogę, wszędzie spotykał tę jaśniejącą, promienną, otoczoną nimbem postać, wszędzie widział wyciągające się do siebie ręce, wszędzie widział Jego twarz jasną; wszędzie patrzyły na niego jasne, przenikliwe, straszne oczy; wszędzie... wszędzie...
Obłąkany, przysłonił sobie głowę płaszczem, zapomniał o Rzymianinie, który pozostał sam w tych