Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/450

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przepędził z nim parę godzin, dopiero o samym wieczorze powracając do mieszkania. Pietrka już nie było, Maciuś zaś podał mu jakiś liścik, patrzący na zwykły »billet doux«, obficie przejęty wonnościami, ale treści zgoła nieoczekiwanej: »Uciekaj choćby zaraz, niebezpieczeństwo ci grozi«. — »Ti voglio bene« było zamiast podpisu. — Przyniósł go jakiś człowiek, nie wyznając się od kogo, i śpiesznie odszedł — objaśniał Maciuś.
Ostrzeżenie było tak wyraźne i przyjacielskie, że, nie głowiąc się, od kogo pochodzi, dał mu zupełną wiarę. Należało wyjeżdżać natychmiast, cóż kiedy właśnie wybiła dziewiąta godzina, a o ósmej zamykano rogatki. Było już zapóźno dzisiaj. Poleciał zasięgnąć rady ojca Serafina.
Na dworze była ciemnica, deszcz lał jak z cebra, wichura szalała i co chwila błyskawice wyżerały oczy.
W celi było ciemno, mnich klęczał zatopiony w żarliwej modlitwie.
— Nie pozostaje nic nad ucieczkę — radził, wysłuchawszy nowiny. — Uciekaj waść zaraz, w chałupie Trojakowskiego doczekasz się rana, przebierzesz się w jakie łachmany i swobodnie dosięgniesz swoich ludzi i koni. Mogą przyjść jeszcze tej nocy, wsadzą do kibitki i adju Fruziu! Któż będzie mocen cię wydrzeć?...
Zaręba, promenujący się gorączkowo, przystanął nagle i rzekł porywczo:
— Otóż nie. Psiakrew, żebym ja był przymuszony we własnym kraju kryć się i uciekać, jak złodziej! Niedoczekanie! Cóżem to, banita, wywołaniec, zbój jaki?