Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/427

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że Marcin, acz był mężnego serca, odskoczył w tył, krzycząc protestująco:
— Rozsiekajcie, a króla nie zdradzę... rozsiekajcie...
— Ojczyźnie powinieneś więcej, niźli królowi! Wybieraj, to nie krotochwila!
Aż widząc niechybną śmierć, dał uroczysty parol na tajemnicę. Mało jednak dwadzieścia razy musieli mu przysięgać, jako postąpił słusznie, nie uchybiając swojej czci i powinnościom wobec króla.
— Szczęściem, dzisiaj na zamku i w Sejmie ma swoją kolej gwardya Litewska, bo nie śmiałbym spojrzeć w oczy Najjaśniejszemu Panu — szepnął takim sfrasowanym głosem, że Zaręba, ucałowawszy go, rzekł pocieszająco:
— W swoim czasie król się dowie i za ten właśnie postępek posunie cię w szarży. Jeszcze mi podziękujesz. Załagodź gemeinów! Muszę się śpieszyć na miasto.
Hłasko tylko z nim pozostał i, podjadłszy sobie należycie, położył się do jego łóżka.
Zaręba kazał jechać do podkomorzyny, chciał prosić o schronienie dla Kacpra. Dzień był niezmiernie upalny; słońce lało żary i blaski ślepiące; od murów buchało jakby z pieca ognistego, prażyły bruki, a rozpalone powietrze oblewało żywym ogniem. Miasto przybrało pozór wymarłego, ulice były puste, drzwi sklepów poprzywierane, zaś okna od strony słońca pozawieszano czem kto mógł, nierzadko jakąś kiecką, lub brudnemi płachtami.