Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zewrzyj się! Baczność! — przeleciała grzmiąca komenda.
Zbrojny lud zwarł się w nieprzełamaną ścianę, zjeżoną lśniącymi grotami.
W ganku dworu, pod wysokiemi kolumnami wystawiony ołtarz rozmigotał się nagle jarzącem światłem. Obraz Częstochowskiej wyzierał z pośród świateł choin i kwiatów, jakoby z obłoków.
— Naprzód! Marsz! — padł znowu krótki rozkaz.
Zadudniała ziemia pod ciężkiemi krokami; jakoby ciemny bór poruszył się z miejsca i szedł, szeleszcząc rozchwianymi konarami, ogromny i groźny.
— Stać! Do nogi broń!
Ucichły bicia kroków tysięcy; szczęk przerzucanej broni wionął niby wicher i zbrojny lud znieruchomiał nagle i jakby wrosnął w ziemię o kilkanaście kroków przed ołtarzem. Pęk znaków i chorągwi wykwitnął przed frontem, stanęli pod niemi oficeryowie z kapitanem Kaczanowskim i Janem Ślaskim, generałem ziemiańskim, na czele. Na flankach, nieco jeno naprzód wysunięci, dobosze, przybrani weselnie w pawie kity i wstęgi u czapek, z pałeczkami w rękach, czekali tylko znaku, aby uderzyć w tarabany.
Zasię na stronach i pod białemi ścianami dworu cisnęło się chłopstwo niby na odpuście. Dwie ogromne lipy, dźwigające się pod oknami, obwieszone były chłopakami, jakby stadem rozćwierganego ptactwa.
Poruszyły się naraz ciżby i zaszemrały, gdy w ganku zasiadła imć Ślaska, de domo Walewska, siostra wojewody sieradzkiego, pani obywatelskiego ducha i cnót