Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ludu! Bowiem tyranowie przywdziali maski patryotów! Prawda czy nie prawda? — grzmiał coraz potężniej.
— Właśnie, nieprawda! padł mocny, spokojny głos z ciemnego kąta.
— Kto śmie! Zdrada! — zaryczał w gniewie Żukowski. — Mości panowie, do broni! Zdrada!
Rumor się uczynił, porwali się z miejsc, zamigotały puginały i kilkanaście stalowych żądeł zmierzyło w piersi Kapostasa, który nie bacząc na zabójcze żelaza, wystąpił na światło. Poruszony był do głębi, ale wyrzekł spokojnie:
— Schowajcie broń na prawdziwe nieprzyjacioły! Nie pusta ciekawość mnie przywiedła, chciałem jeno posłuchać mężów radzących de publicis. I byłbym głosu nie zabierał, lecz skoro tutaj padło tyle inwektyw i insynuacyi, skoro jakieś zawiedzione ambicye przewodzą, skoro byle bajęda znajduje wiarę, a strach kieruje opiniami, muszę wystąpić i powiedzieć: W tydzień po przysiędze już bunty! już formowanie spisków przeciw władzy przez was ustanowionej! już warchoły! już nieszczęsne liberum veto! Rozumiałem was mężami in statu, a widzę poczynania fakcyonistów. Kto zaś mówi: lepiej niech przepadnie Polska, jeśli miałaby powstać nie na obraz moich maksym, ten ci ją po trzykroć zabija! Chodźmy, poruczniku, nic tu po nas.
Ustępowali im z drogi bez słowa, nawet Żukowski, zaskoczony srogą reprymendą, nie zdobył się na respons. Powszechna konsternacya odprowadzała ich w grobowem milczeniu, gdy drzwiami, do których się kierowali, wpadł G. Taszycki z Januszewiczem, sekre-