Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rodowa? Nic jeszcze nie uczyniła — odpowiedział, wodząc tryumfalnie oczami po kompanionach.
— A ja się pytam — skorzystał z przerwy Kuczerowicz — czemu jeszcze nie wystąpiła Warszawa? Czemu Poznań milczy? Czemu Wilno nie ruszyło? My tutaj, boże światy, wystawiamy się na sztych, nadstawiamy głowy, na nas cała moc moskiewska spada, my boże światy, pierwsi możemy paść... — Wyrzucał coraz żałośliwsze słowa.
— Nie to jest groźne — przerwał mu niecierpliwie Bernicz — ale to, że Targowiczanie spiskują, księża spiskują, arystokraci spiskują, zdrada chodzi w biały dzień i naigrawa się z ojczyzny! I wszystko bezkarnie. Trybunału żądam i szubienic!
— Skoro się tak zaczyna, nie trudno przewidzieć skutki — zakrakał Wilant.
— A któż to pierwszy wołał na ratuszu: króla zdetronizować i zdrajców powywieszać! Prawda czy nieprawda? Nie w smak im to poszło, radzi mostów za sobą nie palić. A któż się domagał wyrzucenia ze sali królewskiego konterfektu? Znowu ja, i znowu na darmo! Ja pierwszy wołałem: rewolucyę dokonywa się rewolucyjnemi praktykami. Ja pierwszy żądałem: skonfiskować majętności kościołów, arystokratów i opieszałych; ogłosić uniwersał o zrównanie stanów, zniesieniu tytułów i zaprowadzenie doskonałej równości. Żądałem zaprowadzenia trybunałów rewolucyjnych, szubienic na każdym placu i wieszania zdrajców, wieszania arystokratów, wieszania podejrzanych! Nie słuchano mnie! A dla czego? Bowiem u góry siedzą zamaskowani wrogowie