Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciągał palec u rąk, aż trzeszczały stawy, śmiał się cichym, okrutnym śmiechem i rzucał się z powrotem do pracy, z takim rozmachem atakując papier, jakby godził w nieprzyjacioły. Jego sucha twarz mieniła się w grze najróżniejszych dyspozycyi serca, blado-niebieskie oczy świeciły lodowymi blaski, a przez zaciśnięte wargi wił się przyśmiech, podobien do migotu puginała.
— W rogowej szafie znajdziesz waszmość kiełbasę, chleb i gorzałkę! Przegryź, jeśliś głodny — poradził, nie odrywając się od pracy. — Zaraz skończę. A sentymenta wybij sobie z głowy. Rozumem wszystkiego dochodź, nie pobłądzisz.
— Sam rozum chuda szkapa, niedaleko na niej zajedzie! — zaśmiał się rubasznie.
Ksiądz wkrótce skończył i wręczając mu pismo, wyznał z naciskiem:
— Stawiam jeno principia, waszmość resztę wyłożysz ustnie. Jak tylko ksiądz Podkanclerzy przyjedzie, znajdziemy się rychło w Warszawie. Kiedy wyruszasz?
— Kiedy mi rozkaże Naczelnik. — Skłonił się po wojskowemu i odchodził.
— Jeszcze jedno — zatrzymał go, dźwigając się z miejsca — przypominam, jako każdy z klubistów powinien najgłębszą tajemnicę i posłuszeństwo.
— Ojczyźnie powinien, nie fakcyi! — mruknął, szarpnięty gniewną przekornością, i nie zważając na jego dłoń wyciągniętą do pożegnania, wyszedł pospiesznie.
— Właśnie moją powinnością uwiadomić Naczelnika o formującej się kabale!