Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Powiesić z tysiąc, a reszta skapituluje! — uznawał tylko takie remedium.
Takim też duchem przejęte desideria i instrukcye koncypował dla socyuszów, w klubie »Obrońców wolności« zebranych. Zaręba miał je przewieźć do Warszawy; ale Zarębą jęły targać buntownicze wątpliwości.
— Żołnierzem jestem, wodzem mi Naczelnik, a powinnością — posłuszeństwo i walka w polu — zdeterminował, otrząsając się z awersyą. Zwłaszcza to formowanie politycznej fakcyi za plecami Naczelnika, może nawet i przeciwko niemu, przejmowało go zgryzotą. Zali mógł się przykładać do takiej sprawy? Wydawała mu się niegodną zdradą ubóstwianego wodza! Innemi teraz oczami spojrzał na swoich przyjaciół z klubu »Obrońców wolności«. I przeraził się obrazem panowania fakcyonistów i pospólstwa — obrazem zamętów, terroru i nieuniknionej wojny domowej. Przykład Francyi utwierdzał go w tem przeświadczeniu. Zaś z wielu półsłówek Dmochowskiego, nieoględnie rzucanych w zapale dyskursów, wychodziło, jako Naczelnik miał być tylko powolną kukłą w rękach Kołłątaja.
— Jakże? — zastanawiał się, przejęty gniewem i troską — Wódz ma iść pod dyktaturę klechy? Prawy da pierwszeństwo podstępnemu? Najwyższa cnota i patryotyzm ustąpi miejsca maksymom, widzącym zbawienie jeno w szubienicach! Nie może tak być! — protestował w duszy, spoglądając na Dmochowskiego.
Ksiądz pisał pod oknem, wychodzącem na ciemną uliczkę, że tylko profil jego głowy znaczył się wyraźnie. Często się prostował, gryzł pióro, zażywał tabakę, wy-