Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Miejsca! Na strony! Na strony! — padły rozkazy i w mgnieniu oka uczyniła się przed wojskiem szeroka, pusta ulica. Błysnął gęsty las bagnetów, zażółciły się rabaty, rozbłysły mosiężne blachy u kapeluszów. Batalion regimentu Czapskiego, w bojowym moderunku, zwarty na mur, sypał krokiem miernym i uroczystym. Na czele, pod chorągwią, postępował Kościuszko w asyście oficyerów i cywilnych. Kiedy znaleźli się na prost wylotu Szewskiej, batalion rozłamał się na cztery częście i utworzywszy wielki czworobok, stanął z bronią u nogi. Wtedy wszystkim oczom odsłoniła się postać Kościuszki.
Stał w pośrodku wojsk i ludu, wyniosły, surowy, wielki, jakoby posąg wszystkiej Polski, zjawiony tęskniącym oczom w tej cudów godzinie.
Właśnie słońce wybłysło z poza chmur, otaczając go złocistą gloryą majestatu, zaś z piersi tysięcy wybuchnęły grzmiące okrzyki. Jakoby szał ogarnął ciżby, wrzeszczano ze wszystkiej mocy, machano rękami, a z okien i balkonów, z galeryi Sukiennic i ratusza powiewano chustami, rzucano kwiaty, płakano.
Lecz kiedy bębny nakazały spokój, zaległa taka cisza, że słychać było trzepotanie chorągwi i wystraszony lot uciekających gołębi.
Wystąpił naprzód Linowski, a rozwinąwszy wielki papier, rozpoczął odczytywać: akt powstania obywatelów i mieszkańców województwa krakowskiego.
Czytał głosem wyraźnym, równym i niezmiernie donośnym:
»Wiadomy jest światu stan teraźniejszy nieszczęśliwej Polski. Niegodziwość dwóch sąsiedzkich mocarstw