Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzma i z ratować dobytek wieków — trzeba jeszcze podźwignąć rodaków do słońca cnoty i prawdy.
Bo służyć Polsce, to służyć powszechnemu szczęściu, to pomnażać i utrwalać sprawiedliwość, to służyć ludzkości — zagłębiał się w górne rozważania.
Wybiła druga godzina. Ostatnia świeca w pająku dogasała i w jej konającym blasku dojrzał po raz ostatni skrzydlatego rycerza. Zdał się unosić w powietrzu, furyą bojową porwany. Jakby słyszeć się dawały poszumy jego skrzydeł, szczęk zbroi, tententy rumaka i ogromny, niebosiężny krzyk, a tak wyraźnie, aż mu się to widziało cale niezwyczajnem.
— Obraz to polskiej duszy doskonały — szepnął w zadumie i z tem dziwnem wrażeniem rzucił się na kanapę, żeby nieco rozprostować kości; spać mu się zgoła nie chciało. Ale przemogły go trudy i zmęczone myśli i czucia osunęły się bezsilnie w ramiona zapomnień. Zasnął głęboko pod strażą milczenia. Skrzydlaty rycerz czuwał nad nim. Strażowały dostojne męże, spozierające z konterfektów tkliwemi oczami. Wartę trzymał Zaręba.
Godziny przechodziły, niby wędrowce, niewiadomo, dokąd spieszące, biły, jak ślepe ciosy przeznaczeń, a każda przynosiła jakąś wiedzę tajoną o jutrze, a każda, niby harfa, rozdrgana czuciami całej Polski, a każda błogosławiła go na dzień jutrzejszy na wielki czyn zmartwychpowstania.
Wiatr uderzył w okna, szyby rozbieliły się świtaniem, budził się przemglony dzień; na mieście pomimo wczesnej pory podnosiły się gwary i ruch zgoła nie-