Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spojrzenia, i pierwszy przemówił Wodzicki, pochylając głowę przed Kościuszką:
— Powszechna ufność w twoje ręce składa ster skołatanej Rzeczypospolitej.
— Wola narodu w tobie upatruje jedynego pana i zbawcę.
— Twoje cnoty, twoje czucia i twój geniusz, oto czem zbawisz i podźwigniesz.
— Obywatelu-Naczelniku, w tobie wszystka wiara i nadzieja Polski.
— Każesz umierać, padniemy co do jednego. Rozkazuj, Dyktatorze!
Leciały korne słowa do stóp prawego Naczelnika narodu. Nie odzywał się, może nawet nie słyszał, co do niego mówiono. Stał podobien ognistemu posągowi, w żarach wszystek i płomieniach. Majestat bił od niego, nieledwie świętość. Chwila była wzniosła i poruszająca do łez. Wiedzieli, jako tylko śmierć prowadzi do wolności, i dobrowolnie wybrali śmierć. Nikt się nie zawachał. Sami się dawali na ołtarz całopalenia, by ofiarą własnej krwi kupić u losów szczęście ojczyzny. Zaiste, obraz to był bohaterów. Odchodzili w uroczystem milczeniu spełnionej powinności. Szli amfiladą ziemnych pokojów do tajnego wyjścia, poprzedzani przez adjutantów z zapalonemi światłami. Nie wiedział nawet, kiedy odeszli; dopiero trzask zawieranych drzwi zbudził jego uwagę. Obejrzał się na strony. Był sam jeden. Wielka komnata, pogrążona w słabych brzaskach świateł, zaledwie dawała się objąć oczami. Ze ścian wyzierały konterfekty mężów zasłużonych w narodzie, gdzieniegdzie wi-