Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/445

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lone mury, potrzaskane bronie i wielkie place, pozasypywane żółtym piaskiem, świadczyły o morderczych walkach.
Ale wróg pobity! Insurekcya tryumfująca i Warszawa wolna! — odpowiadał sobie niejeden z tysięcy, którzy przy szablach, z karabinami na ramionach, w cudackich pióropuszach, przepasani bandoletami, z żoną u boku i dziećmi, snuli się od samego rana po mieście, z dumą pokazując miejsca swoich przewag.
Te tłumne i pobożne pielgrzymki odprawowały się do zgliszcz pałacu Igelströma, do arsenału, do domów u wylotu Miodowej i pod Świętokrzyski kościół. Ciżbiono się tam godzinami w modlitewnem zgoła skupieniu i cichości.
A już prawdziwe pielgrzymki odbywały się do kościoła Kapucynów, do trumien panny Radzymińskiej i Woyny, o których bohaterskiej śmierci rozniesło się po Warszawie. Leżeli obok siebie na nizkim katafalku, w gloryi jarzących świateł, zarzuceni gałązkami bukszpanu, pękami śnieżnych narcyzów i fijołków. Ciche msze za ich dusze odprawiały się nieustannie, a łzy żalów, tkliwe westchnienia i podziwy tłumów spływały długim pacierzem.
O wczesnej dosyć godzinie zjawił się Zaręba z Ceśką i stryjem, którzy byli zjechali do Warszawy wczoraj popołudniu. Porucznik, stratą tylu przyjaciół dotknięty, dawał postać wielce przygnębionego. Ceśka zaszlochała przy trumnach, zapłakał i stryj Onufry, dawny towarzysz pancerny starego Radzymińskiego. Wreszcie prze-