Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/440

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Woyna walczył, jak straceniec, i szerząc dokoła okrutne spustoszenia, padł śmiercią walecznych przy wdzieraniu się do klasztornych korytarzów. Stało się to na oczach Zaręby: nie pozwolił sobie nawet na westchnienie, jeno rozkazawszy odnieść ciało przyjaciela pod kościół, czuwał dalej nad docinaniem wrogów.
I właśnie, gdy już wytępiano ostatnich, ogromny, tryumfalny okrzyk oznajmiał o zdobyciu pałacu ambasady. I tam krwawa miotła śmierci wymiatała do czysta.
Jeno parę kompanii grenadyerów salwowało się z pod noża tłumów i płonących gmachów na ulicę, ale widząc drogi odcięte, bo i dom gdański już był zdobyty i Baur kapitulował, zwarli się w czworobok pomiędzy pałacami Radziwiłłów i Chodkiewiczów, postanawiając drogo sprzedać życie. I nie ocalił się z nich ani jeden. Bowiem zbrojny lud, napływający ze wszystkich stron, runął na nich groźnie spiętrzoną falą. Jako kosiarze, kiedy pole z całego zboża kręgiem otoczą i wparłszy się mocno w ziemię, ciąć go poczną, kładąc, jakby wymierzone, pokosy za pokosami, tako i tutaj odbywała się ta straszliwie akuratna kośba śmierci.
Aż wszystko się skończyło, na pobojowisku ostały jeno grudy pociętych trupów i krew, spływająca wartkim, spienionym strumieniem w ulicę Kapitulną.
Wojska ruszyły w pogoń za Igelströmem, uciekającym w stronę Żoliborza.
Lud zaś, rozgromiwszy ze szczętem ambasadę, pochwycił na ramiona Kilińskiego i wśród nieustających okrzyków tryumfów poniósł go na Zamek.