Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/437

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tryumfalny okrzyk wydarł się z piersi tysięcy. Wraz też i padły rozbite bramy, a straszliwie wzburzony potok werwał się w podwórza, roznosząc wszelkie zapory. W mgnieniu oka wdarto się do pawilonów uderzono na sam pałac.
Moskale bronili się rozpaczliwie, że w braku kul strzelali guzikami i kawałkami żelaza.
Rozpoczęło się ostatnie, przerażające zmaganie. Ludzie nastawali na siebie, jako wilcy i jako wilcy, tarzając się po ziemi, darli się zębami i pazurami. W ciasnych i zadymionych izbach, salach i korytarzach, na strychach i nawet dachach i w piwnicach toczyła się nieprzerwanie okrutna, śmiertelna walka. Ogień ogarnął wszystkie budowle i huczał, buchając krwawymi słupami, a czarne kiry dymów przysłaniały piekielny obraz mordów.
Nadarmo wróg wywieszał białe płachty: nikt mu już nie zawierzył. Nadarmo składali broń: nikt nie znajdował litości! Nadarmo rzucając się na kolana, wyli o życie: nie było miłosierdzia. Wycinano ich w pień. Zdrady i zbrodnie ponosiły słuszną karę.
Resztę pożerał ogień i rozszarpywało na strzępy rozjuszone pospólstwo.
Kiliński jeden z pierwszych wdarł się na partykularne pokoje ambasadora, lecz Igelströma nie pochwycił: salwował się ucieczką do pałacu Krasińskich, czem srodze zgryziony majster, zagarnąwszy archiwa i resztę skarbca, poleciał odbijać patryotów, uwięzionych w pałacowych podziemiach.