Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/392

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Siedzieli pod murem, ćmiąc lulki, oczy same strażowały u wylotu ulicy.
Dzień był bardzo cudny. Niebo wisiało błękitne, lśniące i bez chmur. Rozświergotane loty jaskółek przecinały ją czarnemi wężownicami. Ze Saskiego Ogrodu płynęły upajające powiewy. Powietrze było pachnące wiosną i nagrzane. Po drzewach śpiewały ptaki. W niedojrzanych wysokościach słychać było przelatujące dzikie gęsi Wiosna szła wszystkim światem. Jeno ziemia dygotała od nieustannych grzmotów armat Miasto huczało, niby ul wzburzony. Ze wszystkich stron buchały bitewne zgiełki. Tu i owdzie nad ulicami podnosiły się dymy pożarów. Niekiedy słychać się dawały jazdy, przelatujące cwałem. Puste ulice dawały podobieństwo grobom otwartym, śmierć jeno niemi chodziła, posiewając trupami. Wojna głosiła się na wsze strony biciem bębnów, graniem trąb, wrzaskiem kapel, rykami armat, mordem i pożogą. A nad nią ze wszystkich wież kościelnych huczały dzwony nieustającą pieśnią trwogi.
Wroński sprzeczał się z Konopką o Marata, uważał go obłąkanym mordercą. Wprawdzie wyznawał jakobińskie maksymy, lecz marzyły mu się nowe lądy, podnoszące się z pod rumowisk starego świata, lądy arkadyjskiego szczęścia i wzniosłej harmonii pełne.
— Zjawiony Mojżesz przyniesie tablice nowych praw. Nie dziś, to jutro, a wstanie jeniusz, za którym pójdzie ludzkość! A może powróci jeszcze Chrystus! — marzył głośno.
— Ludzkość nie potrzebuje jeniuszów — szepnął Konopka — wystarczy jej gilotyna!